Tag: Maraton

  • Bieganie w maratonach – co w tym lubię?

    Bieganie w maratonach – co w tym lubię?

    Każdy biegający, kiedyś usłyszał pytanie: Po co biegasz? Kiedyś już pisałem o tym, co mnie daje bieganie. Ale za co lubię bieganie maratonów? Co w tym lubić? Dla kogoś kto nigdy tego nie doświadczył nie jest to oczywiste.

    Przygotowania

    Cały okres przygotowawczy do maratonu to setki kilometrów, hektolitry potu to tak na prawdę kwintesencja całego biegania. Podczas przygotowań właśnie trzeba znaleźć w sobie pokłady energii, siły i motywacji, żeby potrafić to później przełożyć podczas biegu na maratońskiego. Trzeba rozbiegać buty, poznać swoje limity, przetestować żele, batoniki.

    Stres przed startem

    Kilka dni przed startem dopada mnie stres. Ale nie taki paraliżujący, a taki, który zmusza do myślenia o biegu… Mam w nogach już 12 biegów maratońskich, a stres przed startem pojawia się za każdym razem. Teraz jest inny niż za pierwszym razem, ale dalej mnie dopada. Całe szczęście! Bo to fajne uczucie.

    Walka ze sobą

    Kiedy biegnie się ponad dwie godziny męczy się nie tylko ciało, ale też głowa. Kiedy ciało się poddaje i mówi, że dalej już nie może trzeba biec głową. Wizualizując sobie metę, wyznaczam cele na krótsze odcinki i pojawiają się myśli o zatrzymaniu się czy przejściu w marsz. Właśnie wtedy przekraczam wszystkie granice, które podczas przygotowań poznałem, które wydawały mi się nie do pokonania. Pokonanie mitycznej ściany to właśnie element walki ze sobą, kiedy mijam 35 kilometr i wiem, że to już z górki przychodzi trochę więcej siły.

    Atmosfera podczas biegu

    To chyba główny powód dla którego biegam maratony w Warszawie. Atmosfera i doping na trasie niosą biegaczy jak na skrzydłach do mety. Kiedy słyszy się motywujące okrzyki, brawa to trudniej się poddać. Doskonałym przykładem tej atmosfery był ostatni punkt odżywczy w 6 Maratonie Lubelskim, to wydarzenie które będzie mieszkało w mojej głowie do końca życia.

    Łzy w oczach na ostatnich metrach

    Nie wiem czy to wzruszenie czy radość z tego, że moja męczarnia się kończy. A może jedno i drugie. Może to żal, że na następny taki bieg muszę czekać kilka miesięcy.

    Uczucie bycia pozytywnym wariatem

    Bo tylko ludzie z pozytywnym zakręceniem mogą przebiec maraton i się z niego zasłużenie cieszyć na mecie. Przez wszystkie moje dotychczasowe biegi maratońskie spotkałem tysiące osób na trasie, a na palcach jednej ręki mogę policzyć te negatywne osoby. Może to brak siły, a może poziom endorfin to nie mit? Bieganie maratonów to właśnie bycie pozytywnym wariatem!

    Ulga za meta

    Kiedy wpadam na metę maratonu czuję radość, że dałem radę i no, że to nareszcie upragniona meta. Mimo, że uwielbiam te biegi to osiągnięcie mety to marzenie przynajmniej przez ostatnie kilometry.

    Duma

    No co? Osiągając metę takiego biegu jak maraton trzeba czuć dumę. Dumę z dobrze wykonanej pracy podczas przygotowań i podczas samego biegu. Dumę z tego, że się nie poddało mimo wielu takich myśli na trasie.

    A Wy co lubicie w Maratonach, półmaratonach, dychach czy piątkach?

  • Krajobraz po 3 PZU Maratonie Lubelskim

    Krajobraz po 3 PZU Maratonie Lubelskim

    Od biegu minęło już trochę czasu, kurz opadł, tak jak emocje, asfalt wysechł czas na podsumowanie 3 PZU Maratonu Lubelskiego. A wydarzyło się sporo.

    Samopoczucie

    Podczas biegu maratońskiego nie wystarczy być dobrze przygotowanym fizycznie, ale równie ważne, jak nie ważniejsze jest przygotowanie psychiczne. Bo maraton biegnie się głową. Pozytywne nastawienie i wiara w osiągnięcie celu wraz z przygotowaniem fizycznym to mieszanka idealna. Do startu w  moich pierwszych dwóch, a nawet trzech maratonach skupiałem się głównie na przygotowaniu fizycznym, na wybieganiu, ale nie bardzo byłem przygotowany psychicznie na taki wysiłek. Zbyt szybko się poddawałem i przy pierwszym kryzysie przechodziłem w marsz, a to dla rytmu biegu jest zabójcze i każdy następny kilometr ciężko było pokonać biegiem.

    Przełom nastąpił w 36. PZU Maratonie Warszawskim, który pokonałem cały biegiem dzięki pozytywnemu nastawieniu i dobrym okresie przygotowawczym. Teraz, kilka dni po 3. PZU Maratonie Lubelskim mogę śmiało powiedzieć, że wiara w osiągnięcie celu to główny czynnik biegania maratonów. Nie byłem zadowolony z mojego okresu przygotowawczego do tego biegu, ale wiedziałem, że mogę go przebiec w 100% dzięki wizualizacji nagrody jaką sobie wyznaczyłem. No i się udało!

    Nie mówię, że nie obyło się bez kryzysu, bez utraty wiary, ale dzięki dobremu towarzystwu, które mnie zmotywowało do przełamania słabości dobiegliśmy do mety. Mam nadzieję, że ja też byłem odrobinę pomocny, bo oprócz wiary w wynik i przygotowaniu fizycznemu zawsze trzeba znaleźć osobę, która doholuje Was do mety (o czym przeczytacie u Oskara). Właśnie w tych moich najlepszych biegach z Warszawy i Lublina miałem takie osoby i też dzięki nim wyniki są bardzo dobre.

    Po poprzednim maratonie, muszę się Wam przyznać, że spadłą mi trochę motywacja do biegania. Po prostu nie wierzyłem, że jestem w stanie pobiec szybciej niż złamanie 4h. Myślałem, że to szczyt moich możliwości i osiągnięcie tego wymarzonego rezultatu zmusi mnie do znalezienia jakiejś innej motywacji niż wynik na mecie. Przez to straciłem trochę radość z biegania, a szukanie jej na siłę skończyło się tym, że idealnym wytłumaczeniem dla rzadszych treningów było mniej czasu (bo remont i My Little Ant wymagają więcej czasu). Ten maraton przywrócił mi radość z biegania i już w poniedziałek miałem w głowie myśl o bieganiu, a gdyby nie ból mięśni to pewnie bym wyszedł potruchtać. Wrócił głód biegania, więc przygotowania do sezonu jesiennego rozpoczną się dużo szybciej niż się spodziewałem. Micha znowu mi się cieszy.

    Teraz pozostaje tylko dobrze przepracować lato i we wrześniu mierzyć się z kolejnymi celami na maraton. Jeszcze nie wiem jakie będą. Na razie cieszę się z nowej życiówki i ze skopania tyłka tej morderczej lubelskiej trasie.

    Organizacja biegu

    Mogę to powiedzieć głośno a nawet wykrzyczeć. To był najlepiej zorganizowany lubelski bieg w jakim brałem udział, a biegłem we wszystkich trzech maratonach i wszystkich 12 dychach. Wolontariusze na punktach odżywczych uwijali się znakomicie nawet przy zbliżaniu się dużej grupy. Pomagali biegaczom, których dopadały skurcze i inne przypadłości, robili wrażenie, bo reagowali  szybko. Byli naprawdę wielcy! Strefy kibicowania również działały bardzo dobrze, kibice w nich byli głośni, byli radośni i bardzo pomagali. Pomimo deszczowej aury kibiców wzdłuż trasy również było sporo, a im dłużej trwał bieg tym głośniej nas wspierali. Wielki dzięki i Wam.

    Jedynym zgrzytem organizacyjnym jaki odnotowałem osobiście już po raz trzeci to zabezpieczenie ruchu drogowego. Na pierwszym Maratonie Lubelskim o mały włos nie potrącił mnie autobus, bo jechał na pasie biegu tuż za moimi plecami. Na drugim Maratonie Lubelskim na ulicy Kunickiego też musieliśmy biec pomiędzy samochodami. Niestety i tym razem było podobnie. Wiem, że bieg maratoński paraliżuje życie miasta, ale można było wyłączyć jeden pas ruchu całkowicie i zorganizować ruch tak, żeby biegacze nie mieli nawet okazji zostać potrąconymi przez samochód. Ruch na pasie biegu na ul. Droga Męczenników Majdanka czy Kunickiego i ul. Roztocze to była największa i chyba jedyna porażka organizatorów. Za rok może się uda wyeliminować ten zgrzyt. Trzymam kciuki.

    Kolejna uwaga to sytuacja jaka miała pod koniec stawki. Mocno kontrowersyjna decyzja o ściągnięciu z trasy Biegającej z psami petsitter. Nie znam dokładnie sytuacji, bo jej osobiście nie doświadczyłem, ale mieszcząca się w limicie czasowym zawodniczka ściągana z trasy podczas biegu to duża organizacyjna wpadka. Zwłaszcza, że jest osobą dość charakterystyczną, bo jako jedyna biega w lubelskich biegach z psem. Moim zdaniem taka decyzja będzie miała oddźwięk raczej wizerunkowy. Po co zrażać jedną słabą decyzją do startu w biegu charakterystyczne osoby?

    Mimo tego organizację mogę ocenić bardzo wysoko szkoda tylko, że te dwie rysy mogą mieć spore konsekwencje w przyszłości. Obym się pomylił.

    Plany

    Czas zaplanować następne starty. Najbliższy start jaki znajduje się w moim kalendarzu to II Półmaraton Chełmski. Okazuje się, że na półmaratony zapisuję się spontanicznie. Na jesieni pewnikiem jest 37. PZU Maraton Warszawski, który odbędzie się we wrześeniu oraz kolejne biegi z cyklu Cztery Dychy do Maratonu.

    Po tak rozpoczętym roku maratońskim ambicje mam naprawdę spore. Na pewno będę chciał poprawić swój najlepszy wynik w maratonie, co nie powinno być nierealne. Przecież trasa Maratonu Warszawskiego nie będzie trudniejsza, a nawet nie zbliży się trudności tej lubelskiej. Jeśli dobrze przepracuję lato to postaram się poprawić wynik drastycznie, ale na razie nic nie deklaruję. Muszę odpocząć i wrócić powoli do treningów wtedy wiele się wyjaśni. A plany na dalszą przyszłość to bieg w wymarzonym Biegu Rzeźnika.

    Pozostaje napisać jedno zdanie, które przypomniał mi Oskar w swoim wpisie. Ból jest chwilowy, duma jest wieczna. Hasło duńskich olimpijczyków z Londynu doskonale pasuje do maratończyków. Ja jestem dumny z tego, co już osiągnąłem na polu biegów długodystansowych. Teraz pora na nowe wyzwania i jeszcze większą dumę.

  • 3 PZU Maraton Lubelski

    3 PZU Maraton Lubelski

    Dzisiejszy bieg to był mój piąty start w biegu maratońskim. Miałem nadzieję, że dobiegnę w przyzwoitym czasie, ale bez marszu. Zadanie było bardzo ambitne i niesamowicie trudne. Nagroda za wysiłek też była wielka. Zadeklarowałem, że jak przebiegnę całą trasę 3. PZU Maratonu Lubelskiego to za dwa lata pobiegnę w Biegu Rzeźnika.

    Pogoda

    Początkowo wszystko było optymalnie. Około 15-16ºC, pełne zachmurzenie lekkie podmuch wiatru. Pogoda wymyślona do biegania. Niestety na 29 km zastało nas ochłodzenie i zaczęło padać. Może to nie była ulewa, ale komfort biegu znacznie mniejszy.

    Trasa

    Trasa 3 PZU Maratonu Lubelskiego to prawie sama trasa, co 2 Maratonu Lubelskiego, dlatego już dobrze znana stanowiła wyzwanie troszkę mniejsze niż w poprzedniej edycji. Trasa ciężka, ale do pokonania, zwłaszcza, że spora część trasy to trasa codziennych treningów.

    0-5 km

    Postanowiliśmy wspólnie z Bartkiem startować razem z grupą na 3h45′. Start biegu nie tak ciasny jak start w 10. PZU Półmaratonie Warszawskim, co pozwoliło od razu osiągnąć zakładane tempo, choć trasa biegła wąskimi uliczkami Śródmieścia, ale po 3 kilometrowej pętli wbiegliśmy na szerokie Krakowskie Przedmieście i al. Racławickie, potem skręt w dół ul. Spadochroniarzy.

    6-10 km

    Na ulicy Wileńskiej zaliczyliśmy pierwszy podbieg jeszcze nie trudny, ale wymagający. Następnie kolejny lekki podbieg na al. Kraśnickiej i zbieg w dół ul. Sikorskiego, chwila oddechu od podbiegów przed pierwszym poważnym sprawdzianem na trasie. Zaraz po 9 kilometrze zaczął się podbieg na ul. Kosmoswskiej, który jest miejscem treningów wielu biegaczy. Zaraz po nim rozpoczyna się odciek 11 kilometrów, który znam z codziennych treningów.

    11-15 km

    Następne 2-3 kilometry to względnie płaska trasa, która pozwoli wyrównać tempo przed kolejnymi podbiegami na al. Spółdzielczości Pracy, gdzie zaliczyliśmy dwa duże zbiegi i jedne solidny podbieg. Pacemaker naszej grupy fantastycznie ustalał tempo biegu w granicach 5’20″/km.

    16-20 km

    Wbiegliśmy już na Kalinę, gdzie przywitał nas kolejny podbieg na al. Andersa, potem kolejny zbieg w kierunku Tatar. Chwila odpoczynku na ul. Mełgiewskiej z delikatnym wzniesieniem, żeby zaliczyć kolejny podbieg do ulicy Grygowej. Humor dopisywał nam cały czas, co sprawiało, że biegło się lżej.

    21-25 km

    Rozpoczyna się ta część trasy na której osłabłem w ubiegłym roku, gdzie straciłem kontakt z grupą i pacemakerem. Podbieg na Drodze Męczenników Majdanka to długa prosta z małym nachyleniem, ale w kość dała. Teraz znowu odrobinę straciłem dystans do grupy, ale odrobiłem stratę. Co prawda na chwilę, ale do niej dołączyłem. Następne kilometry to walka z niewielkim kryzysem.

    26-30 km

    Kolejny kilometr trasy prowadził w dół w dolinę Czerniejówki, żeby zaraz za rzeką był kolejny podbieg (to już chyba 8 duże wzniesienie) i skręciliśmy w ul. Kunickiego, a po kolejnym kilometrze w ul Zemborzycką w kierunku Zalewu, żeby skręcić w ul. Diamentową. No i tutaj niestety straciliśmy kontakt z grupą i musieliśmy sobie radzić sami utrzymać tempo. Zaczęło też padać, co troszkę obniżyło morale, ale nie prędkość.

    31-35 km

    Tu zastaliśmy kolejny zbieg, żeby znowu musieć wbiegać pod kolejną górkę, a za nią ponownie trasa wiodła w dół. Rozpoczyna się odcinek na Jana Pawła II, który dał w kość większości biegaczy, w tym i mnie, przed rokiem. Pierwsze 2 kilometry tego odcinka to bieg po długiej prostej, ale od 34 kilometra zmagań rozpoczęła się mordercza wspinaczka na długości mniej więcej kilometra. Na jej końcu względnie płaski odcinek trasy, ale organizm był już mocno zmęczony.

    36 – 42,195 km

    Ostatni odcinek trasy. Al. Kraśnicka, którą w zeszłym roku w większym stopniu przeszedłem niż przebiegłem, a w tym roku nie poddałem się. Ten odcinek to na przemian lekkie zbiegi i podbiegi, ale nie warte już odnotowania. Na końcu al. Kraśnickiej rozpoczęły się ostatnie 2km al. Racławickimi w kierunku mety.

    Trasa jak już wspomniałem bardzo wymagająca, ale pokonanie jej dało bardzo dużo satysfakcji. Pokazało, że pozytywnym nastawieniem do startu i wiarą w osiągniecie zakładanego wyniku można ją pokonać.

    Wynik

    Głównym moim założeniem na ten bieg było przebiegnięcie całej tras, a przy okazji utrzymać takie tempo, aby nie mieć wyniku gorszego niż rok temu. No i oba te założenia wykonałem w 110%! Trasa przebiegnięta od startu do mety bez marszu, a czas na mecie… to pełne zaskoczenie i lekki szok! Bardzo dobry bieg, a radość na mecie była wielka.

    Czas Brutto: 3h56’58”
    Czas Netto: 3h56’33”
    Miejsce w kat. Open: 263
    Miejsce w kat. M30+: 248

    Wyniki dostępne tutaj.

    Wrażenia

    Wbrew obawom organizatorów wszystko (może z jednym wyjątkiem, ale o tym w następnym wpisie) grało i huczało! Wolontariusze dali czadu i osobiście uważam, że to najlepiej pod tym względem zorganizowany bieg w Lublinie! Było po prostu rewelacyjnie! Kibice i wolontariusze świetnie nas wspierali, a strefy kibicowania tętniły życiem i były bardzo głośne.

    O reszcie wrażeń napiszę wam za kilka dni. Mam nadzieję, że szybciej niż później. Ale jest radość.

    Dzięki Bartek za wsparcie i holowanie kiedy trzeba było.

    A Wam jak poszło? Jakieś życiówki czy super wyniki?

  • Wpis bez tytułu 1869

    3.PZU Maraton Lubelski już za ledwie 30 dni. Miesiąc do startu to już czas ostatnich szlifów formy. Bardziej to czas utrzymania formy, bo na wypracowanie jej czasu zaczyna brakować. 

    Koniec marca to był sprawdzian dyspozycji i możliwości w biegu na dystansie połowę krótszym niż maraton. Warszawski bieg pokazał, że możliwości pokonania trasy w całkiem dobrym tempie mam. Teraz tylko pozostaje liczyć, że formę utrzymam do 10 maja. Wiadomo, że bieg w półmaratonie nie bieg maratoński, ale daje obraz tego w jakim punkcie przygotowań do maratonu się jest. Bieganie po Warszawie też różni się od biegania po Lublinie. Warszawa to równina, a jak znajdziesz małą górkę to od razu gra wielki podbieg i jest niezwykle wymagający.

    W ciągu najbliższych 30 dni w planie mam jeden długi (taki bardziej długi) bieg około 25-30 km, jeden około 20 kilometrowy i jeden start, w ostatniej  w tegorocznym cyklu, 4 dysze do maratonu. Długie wybieganie oczywiście tempem zbliżonym do tempa jakie będę chciał utrzymać podczas startu, czyli w okolicach 5’34″/km. Start w Czwartej Dysze do Maratonu to będzie walka o życiówkę, czyli o czas lepszy niż 42’11”. Będzie ciężko, ale myślę, że dam radę.

    Nastrój na 30 dni przed jest całkiem optymistyczny. Po 10. PZU Półmaratonie Warszawskim mam pewność, że maraton w Lublinie to będzie fajny start z jasnym celem. Celem na ten bieg jest pokonanie trasy biegiem. Bez najmniejszych przestojów na marsz. Jeśli uda się wyeliminować marsz ze sposobu pokonania trasy biegu to uda się osiągnąć super czas. Przynajmniej zadowalający mnie czas.

    Już się nie mogę doczekać tego biegu. Emocji na starcie, wsparcia kibiców wzdłuż trasy i gorącego dopingu na kilkaset metrów przed metą. Czekam na ten start z bardzo dużą niecierpliwością, bo chciałbym, żeby 5 maraton w mojej karierze biegacza był szczególny, żebym zrealizował swoje marzenia o pokonaniu tej trasy bez chwili słabości. Chciałbym, żeby medal, który dostanę na mecie był tym, który będzie z wiązany z biegiem, który będę zawsze pamiętał.

  • 60 dni do 3 PZU Maratonu Lubelskiego

    Maraton coraz bliżej, a forma jest zagadką. Mam nadzieje, że również w tym roku zrobimy super bieg i świetną atmosferę.

    60 dni!! Tyle nam zostało do przygotowania wielkiej formy. 60 dni. To mniej niż rzut beretem. Pozostało tak mało czasu, że już nie ma go na panikowanie i szukanie jakiś cudownych sposobów na przygotowania do tego biegu. 60 dni to tyle czasu, żeby tylko doszlifować formę, a nie ją budować. Niestety na dzisiaj nie wiem czy jestem w dobrej formie i będę gotowy na Maraton. Dlatego bardzo cieszę się, że będę mógł sprawdzić poziom przygotowania podczas 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Ten start odpowie mi, czy będę miał szanse na pobicie mojego rekordu trasy i skupić się na tym, żeby przebiec całą tą morderczą trasę.

    Właśnie taki to maraton z bardzo wymagającą trasą. Nie powinno się podchodzić do niego tak, że biegniemy po życiówkę czy ściganie się z innymi. Maraton Lubelski to miejsce gdzie możecie walczyć tylko ze sobą i trasą. Przynajmniej ja mam taki pogląd na lubelski bieg maratoński. Nawet przez głowę mi nie przechodzi, żeby biec na życiówkę, choć szansa na nią jest, ale nie będzie to główny cel na 10 maja. Celem będzie przebiegnięcie trasy bez nawet chwili marszu, co pewnie będzie miało skutek w pobiciu rekordu trasy z ubiegłego roku, czyli 4h13’14”.

    Czekam na ten maraton jak na żaden inny bieg w mojej krótkiej karierze biegacza. Bardziej niż na pierwszy maraton, bardziej niż na pierwszy start w ogóle. Będzie to mój piąty maratoński bieg i dlatego chciałbym przebiec ten maraton tak, żeby nie pozostała nawet nutka niedosytu. Muszę dać z siebie wszystko, żeby nie żałować, że odpuściłem nawet metr biegu. Chcę przebiec ten maraton tak, żebym mógł powiedzieć, że stać mnie na to, żeby pobiec dalej niż maraton.

    Trasa 3 PZU Maratonu Lubelskiego jest niezwykle wymagająca. Całe mnóstwo podbiegów i zbiegów. Pierwsza próba to podbieg na 8 km, druga między 15 a 20 kilometrem, później 2,5 kilometrowy podbieg na Drodze Męczenników Majdanka. Na koniec największa próba i największa trudność podczas biegu. Podbieg od 31 kilometra na Jana Pawła, gigantyczna góra po przebiegnięciu już 2/3 maratonu. To tutaj w zeszłym roku poległa największa liczba biegaczy w tym i ja. W tym roku to jest moje zadanie. Nie dać się tej górze, jeśli się uda to moje marzenie o Biegu Rzeźnika będzie coraz bliżej.

    3. PZU Maraton Lubelski

    Teraz pora na apel do biegaczy. Patrzę na listę startową i oczom nie wierzę! Na dzisiaj jest zapisanych ledwie 164 biegaczy. Zapisujcie się do biegu, bo na prawdę warto się sprawdzić, a rekordy możecie sobie bić na jesieni! PZU Maraton Lubelski to więcej niż maraton to test charakteru.

  • 100 dni do 3. PZU Maratonu Lubelskiego

    waga Biegacze! Uwaga kibice! Do 3. PZU Maratonu Lubelskiego pozostało jedynie 100 dni. Zapewne przygotowania biegaczy do tego biegu idą pełną parą, kibice jeszcze nie bardzo świadomi o czym w ogóle piszę.

    3. PZU Maraton Lubelski to główny start sezonu wiosna/lato 2015 w moim kalendarzu. Mam rachunki do wyrównania z trasą biegu, dlatego przygotowania do startu okrzyknąłem Operacją Rewanż. Najcięższy bieg w mojej dotychczasowej karierze biegacza, czyli 2. Maraton Lubelski spowodował, że zmieniłem nastawienie do kolejnego biegu i okazało się, że przegrałem nastawieniem psychicznym do trasy. W tym roku nie przestraszę się ani odległości, ani różnicy wzniesień.

    Walka będzie się odbywać na tej samej trasie, co ubiegłoroczna edycja, więc będzie można się zrewanżować trasie za wymęczenie i zostawione siły. Trasa jest chyba trudna i ociera się o górskie maratony. Patrząc na frekwencję w Lubelskich Dychach numer II i III trzeciego cyklu myślę, że padnie kolejny rekord. Choć na razie lista zapisanych biegaczy nie jest imponująca (zapisać możecie się tu). Zachęcam wszystkich, którzy szukają wyzwań biegowych do startu w Maratonie Lubelskim. Może to być doskonałe przygotowanie do biegów górskich lub ultramaratonów.

    Przygotowania do tego biegu rozpocząłem dość późno, po długim okresie roztrenowania po Maratonie Warszawskim, ale liczę na to, że uda się przygotować dobrze. Całe szczęście nie mogłem sobie pozwolić na leżenie bykiem przez ten czas, ale pracowałem fizycznie więc jest nadzieja, że to zaprocentuje większą siłą na trasie 🙂

    Motywacji do godnego pokonania trasy trzeciego lubelskiego biegu maratońskiego na pewno mi nie zabraknie, bo po biegu w Warszawie wiem, że mam duży zapas wytrzymałości. Liczę na pobicie mojego rekordu życiowego na tej trasie. 4h13’14” to dobry wynik, przynajmniej tak sądzę, na tej trasie, ale ambicja jest równie duża jak we wrześniu. Chcę złamać i tutaj 4 godziny netto. Ten rezultat niby już padł, ale nie w takim biegu, nie o takiej trudności.

    Liczę, że tegoroczna edycja Maratonu Lubelskiego nie będzie mnie kosztowała aż tyle sił, co 2. Maraton Lubelski i szybciej wrócę na trasy biegowe już prawdopodobnie w wiejskich sceneriach, więc i przygotowania do kolejnych biegów będą inne.

    Za 100 dni widzimy się na trasie 3. PZU Maratonu Lubelskiego! Liczę na doping wzdłuż trasy tych, co nie biegną. A biegnącym w Maratonie życzę udanych przygotowań, bo czasu coraz mniej. Zegar tyka!

  • 36. PZU Maraton Warszawski

    36. PZU Maraton Warszawski

    6 PZU Maraton Warszawski to mój czwarty bieg na królewskim dystansie.  Zeszłoroczna edycja największego biegu w Polsce bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.  Organizacyjnie pobili lubelskie imprezy, ale nasi organizatorzy przez rok bardzo dużo się nauczyli i nasza lubelska impreza sprostała zadaniu. Teraz przyszła pora zobaczyć czy coś się poprawiło w organizacji w Warszawie.

    Dzięki treningowi przez całe wakacje miałem nadzieje, że dam radę zadaniu jakie sobie wyznaczyłem. Ambicja była duża. Trzecia próba w tym druga realna pobicia 4 godzin. I co?

    Trasa

    Trasa tegorocznego Maratonu  warszawskiego jest bardzo podobna do wersji trasy z roku 2013.

    Start

    Ustawienie się na starcie wspólnie z tysiącami takich samych wariatów to fajne przeżycie. Stoisz pod Stadionem Narodowym, czekasz na wystrzał startera i 42km 195m walki z samym sobą przede mną.

    0 – 5km

    Po starcie mostem Poniatowskiego przez al. Jerozolimskie do ronda ze sławną palmą biegliśmy po płaskim, jeszcze w ciszy większość jeszcze przeżywa start. Na rondzie Dmowskiego skręt w prawo w Marszałkowską, o Pałac Kultury 🙂 Wbiegliśmy na Śródmieście humory dopisywały, a tempo ustawione przez pacemakera na razie mi odpowiadało.

    5-10km

    Trasa na tym etapie biegła przez Stare Miasto, spokojnie z lekkimi zbiegami można trochę pozwiedzać pooglądać. Potem etap przez Nowe Miasto trochę bardziej zielony kawałek trasy, dalej lekko z górki. Tutaj odpadł nam zając, który poszedł w krzaki za potrzebą. Teraz długa prosta wzdłuż rzeki po płaskim.

    10-15km

    Wbiegamy do tunelu, co jest miłą odskocznią od długiej prostej. „Echooo, Echoo”, które przetestowało większość biegaczy rozluźniło atmosferę i trochę zmęczone już mięśnie. Po około 1,5 kilometra wychodzimy na powierzchnię, a tu tłumy kibiców. No i minął mnie biegnący banan. Tak banan. Znowu długa prosta Solcem i skręcamy do Ujazdowa tu znowu trochę zieleni.

    15-20km

    Teraz możemy pobiegać chwilę po Łazienkach w spokoju, ciszy wśród natury. Wracamy na ulicę. Zrobiło się trochę, szerzej i widzę, że część grupy już zostaje w tyle. Nam humory jednak dopisują. Kolejna długa prosta Czerniakowską.

    20-25km

    Wbiegliśmy na Sadybę i znowu długa prosta. Dostajemy informację, że zwycięzca dobiegł już do mety… a my dopiero w połowie trasy. Wbiegliśmy na Stary Wilanów w oddali widać już… nie, to chyba nie gigantyczna wyciskarka do cytrusów to Świątynia Opatrzności do niej jeszcze jakieś 2,5 km, a przy niej nawrót i pozdrawiamy i dopingujemy wolniejszych biegaczy.

    25-30km

    Teraz po Nowym Wilanowie trochę dzikimi rejonami miasta. Ach te spowalniacze na ulicy. 2 km odcinek wzdłuż drzew i na końcu delikatny podbieg, ale dał trochę w kość. W zeszłym roku tutaj się odkleiłem od głównej grupy biegnącej na 3h55′, teraz to ja wyprzedzam grupę. Po długiej prostej wbiegliśmy do Centrum Ursynowa, a potem kolejna długa prosta ul. Puławską.

    30-35km

    Kolejna długa prosta i delikatny podbieg na wiadukt na ulicy Puławskiej. Pierwsze oznaki kryzysu nogi słabną, pojawiły się skurcze. Mój towarzysz w biegu nawet zaproponował marsz, ale go od tego odwiodłem :). Nie poddawać się i znowu widzę swoja radość na mecie po uzyskaniu upragnionego czasu. Kibice wspierali nas bardzo żywiołowo, miłe to. Przeskoczyłem ścianę niczym Jedi!

    35-40km

    Wbiegliśmy na Stary Mokotów tu już nogi odmawiają posłuszeństwa, pojawia się w głowie myśl, że jednak nie dam rady. Wyliczenia mówią, że zabraknie nam minuty lub dwóch. W głowie słyszę piosenkę Eminem – Lose Yourself, a w zasadzie jej pierwsze linijki:

    Look, if you had, one shot, or one opportunity
    To seize everything you ever wanted, one moment
    Would you capture it?
    Or just let it slip, yo

     Nie dam się wyślizgnąć wynikowi! Wróciłem! Biegniemy szybciej! Widzę Palmę! To już końcówka!

    40-42,195km

    Wbiegamy na al. Jerozolimskie, widzę most Poniatowskiego i Stadion Narodowy to jest nasz cel! Nogi się już nie kręcą, a w oczach mam łzy. Walka na ostatnich metrach to już nie walka z trasą czy z samym sobą, ale z grawitacją. Czas jest dobry i szansa na wymarzony wynik. Za mostem w prawo, pod wiaduktem i wbiegam na Stadion Narodowy, po zrywie jakiego na finiszu maratonu jeszcze nie miałem!! Zostałem jego bohaterem!! Jest Meta!!

    Dzięki za przebycie trasy od 15 km Krzysztofowi, mam nadzieję, że to przeczytasz. To dzięki tobie udało mi się uzyskać wymarzony rezultat! Wielkie dzięki chłopie! Za bieganie z poczuciem humoru i motywację.

    Wynik

    Czas Brutto: 4h 02′ 18″
    Czas Netto: 3h 57′ 04″
    Miejsce w kategorii Open: 2862
    Miejsce w kategorii M30+: 1078
    Dokładnie takiego wyniku oczekiwałem, taki sobie wymarzyłem. Wbiegając na płytę Narodowego zobaczyłem na zegarze 4h’01″38… no i miałem łzy w oczach. Tak mało zabrakło! Jestem jednak niezmiernie zadowolony! Zasłużyłem na piwo i odpoczynek. Oficjalne wyniki dostępne tutaj.

    Wrażenia

    Podobało mi się jeszcze bardziej niż w roku ubiegłym. W końcu udało się przebiec cały maraton bez marszu. Organizacja znakomita, nic tylko czerpać wzorce 🙂 Jak na bieg maratoński, który przebyłem praktycznie bez pomocy pacemakera myślę, że wynik jest lepszy niż mi się teraz wydaje.

  • 9 dni

    astał czas w którym dni pozostało mniej niż 10. Dziś o 9:00 zostało 9 dni do Maratonu. 

    Materiały ze strony organizatora Maratonu Warszawskiego

    Jak nastroje przed biegiem? Jak przygotowania do startu? Już na ostatniej prostej? Oby bo już nic nie naprawimy. Teraz tylko spokój i napychanie się makaronem 🙂
    Tylko jak tu zachować spokój jak do startu tak mało czasu? Normalnie, trzeba się wyluzować. Jak tu się wyluzować jak nasi siatkarze grają 4 Tie-Breaki z rzędu? Nie mam pojęcia. Mam nadzieje, że oni teraz mają już z górki. Następne mecze poproszę szybkie 3:0 i mamy złoto! Chwila świętowania i w niedzielę lecimy się przebiec… w tempie 5’30″/km na jakieś 42km z kawałeczkiem. Tempo według niektórych magazynów nawet wolniejsze niż trucht do kiosku po gazetę, ale mnie wystarczy.

    Dzisiaj prognoza pogody na dzień Maratonu wygląda następująco:
    Temperatura: 16ºC
    Ciśnienie: 1026 hPa
    Wiatr: 12 km/h
    Zachmurzenie: Umiarkowane
    Deszcz: Brak

    Takie warunki przyjmę. Kibice nie będą marzli i mokli, a nam nie będzie za ciepło.

    Jak spędzę ostatni tydzień przed Maratonem?

    Piątek

    Ostatni trening na około 15 km spokojnym tempem. Wieczorem relaks.

    Sobota

    Jak każdy szanujący się biegacz długo dystansowy muszę popracować nad siłą. Dlatego będę przeprowadzał rzeczy z jednej piwnicuy do drugiej 🙂 Bardzo dobre ćwiczenie na siłę. Potem odbiorę pakiet startowy do I Dychy do Maratonu. Relaks oglądając kwalifikacje do GP Singapuru.  A wieczorem… podnosimy sobie ciśnienie oglądając półfinał Mistrzostw Świata w Siatkówce Polska – Niemcy.

    Niedziela

    Rano start w I Dysze do Maratonu, to już trzeci cykl tej imprezy. Popołudniu GP Singapuru no i tu kibicujemy Ferrari. A wieczorem… zawał już 6 w ciągu ostatnich 10 dni. Wielki finał Mistrzostw Świata w Siatkówce. Mam nadzieje, że z udziałem Polski i prawdopodobnie Brazylii.

    Poniedziałek

    Spokojny dzień bez żadnych fajerwerków.

    Wtorek

    Planuję spokojny bieg na jakieś 8 km, bez żadnych przyspieszeń, zaliczyć małe dwie górki i potruchtać do domku.

    Środa

    Dzień w którym zaczniemy realizować nasze niebiegowe marzenie. Nabierze wszystko tempa i teraz odpadnie duży stres, że się jednak coś nie uda.

    Czwartek

    W ten dzień sformalizujemy temat naszego marzenia, a ja zaliczę przedostatni trening na trasie z wtroku, pewnie jeszcze spokojniej.

    Piątek

    Nie ma miejsca na panikę! Nie ma miejsca na panikę! Nie ma miejsca na panikę! Nie ma miejsca na panikę! Nie ma miejsca na panikę! No i jeszcze spokojne obiegnięcie osiedla (ostatnie w ogóle), tak żeby zrzucić napięcie mięśniowe i uspokoić nerwy.

    Sobota

    Jedziemy z Marceliną i Kasią do Warszawy po pakiet startowy i na EXPO i na spokojnie przygotować się mentalnie na następny dzień. Nie ma miejsca na panikę!

    Niedziela

    Cóż mogę napisać… #2164

  • 80 dni do 36. Maratonu Warszawskiego

    Nie ma zmiłuj. 4 bieg maratoński w mojej karierze biegacza nadchodzi wielkimi krokami. Zostało 80 dni (odlicznie -> tu). Czas się na poważnie zabrać za trening i dietę.
    Czyli biegamy i jemy kluski! Już się nie mogę doczekać! Znowu będzie walka z samym sobą na długich wybieganiach, wstawanie przed 6 w weekend i poszukiwanie nowych muzyczek do playlisty.

    W dniu dzisiejszym kończy się czas, kiedy mówię, że nie idę biegać, bo pada/gorąco albo #MyLittleAnt musi być kąpana albo inne tego typu wymówki. KONIEC z tym. Czas na walkę i ból. I czas na cieszenie się tym, że boli, bo jak boli to znaczy, że żyje!

    Wracam do regularnego bieganie 4 razy w tygodniu. Odpuściłem sobie chwilę (no dobra dłuższą chwilę) po 2. Maratonie Lubelskim, ale koniec laby. Nie przygotowuje się zgodnie z jakimś programem treningowym, chociaż obiecałem sobie, że to zrobię. Biegam tak, żebym miał z tego radość i żeby coraz dłuższe biegi mnie mniej męczyły. Tym razem postaram się nie poddać w maratonie.

  • Dzień po maratonie

    Dzień po maratonie

    Wiem, że dla większości ludzi to doznania, które nie są znane i pewnie nigdy ich nie doświadczą. Ból nóg od małych palców do ud, ogólne zmęczenie, zakwasy, pewnie też mikro urazy wszystkich znanych mięśni.

    A tak się wygląda na mecie z myślą, że 4,5 miesiąca znowu maraton

    Najbardziej komfortową pozycją jaką mogę dzisiaj przyjąć to siedzenie z wyciągniętymi nogami. Nie mam siły się ruszać (a wiem, że powinienem). Każda aktywność fizyczna jest równoznaczna z sadomasochizmem. Życie dzień po maratonie wygląda jak poniższym filmiku.

    Teraz mocne postanowienie, bez żadnych wygłupów z bieganiem przez miesiąc. Zregeneruje się i wracam do przygotowań do następnego maratonu. Odpuszczam Półmaraton Solidarności 8 czerwca. Na 36 PZU Maratonie Warszawskim łamię 4h. Bez dwóch zdań. Tam się uda! Musi.

    Pomimo słabszego wyniku niż planowałem, bólu i zmęczenia jest zadowolony z 2 Maratonu Lubelskiego. Był chyba jeszcze trudniejszy niż ten pierwszy, a przynajmniej trasa. Warunki atmosferyczne były lepsze, ale nie na tyle, żeby mnie nie wymęczyły.