Kategoria: Bieganie

  • 60 dni do 3 PZU Maratonu Lubelskiego

    Maraton coraz bliżej, a forma jest zagadką. Mam nadzieje, że również w tym roku zrobimy super bieg i świetną atmosferę.

    60 dni!! Tyle nam zostało do przygotowania wielkiej formy. 60 dni. To mniej niż rzut beretem. Pozostało tak mało czasu, że już nie ma go na panikowanie i szukanie jakiś cudownych sposobów na przygotowania do tego biegu. 60 dni to tyle czasu, żeby tylko doszlifować formę, a nie ją budować. Niestety na dzisiaj nie wiem czy jestem w dobrej formie i będę gotowy na Maraton. Dlatego bardzo cieszę się, że będę mógł sprawdzić poziom przygotowania podczas 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Ten start odpowie mi, czy będę miał szanse na pobicie mojego rekordu trasy i skupić się na tym, żeby przebiec całą tą morderczą trasę.

    Właśnie taki to maraton z bardzo wymagającą trasą. Nie powinno się podchodzić do niego tak, że biegniemy po życiówkę czy ściganie się z innymi. Maraton Lubelski to miejsce gdzie możecie walczyć tylko ze sobą i trasą. Przynajmniej ja mam taki pogląd na lubelski bieg maratoński. Nawet przez głowę mi nie przechodzi, żeby biec na życiówkę, choć szansa na nią jest, ale nie będzie to główny cel na 10 maja. Celem będzie przebiegnięcie trasy bez nawet chwili marszu, co pewnie będzie miało skutek w pobiciu rekordu trasy z ubiegłego roku, czyli 4h13’14”.

    Czekam na ten maraton jak na żaden inny bieg w mojej krótkiej karierze biegacza. Bardziej niż na pierwszy maraton, bardziej niż na pierwszy start w ogóle. Będzie to mój piąty maratoński bieg i dlatego chciałbym przebiec ten maraton tak, żeby nie pozostała nawet nutka niedosytu. Muszę dać z siebie wszystko, żeby nie żałować, że odpuściłem nawet metr biegu. Chcę przebiec ten maraton tak, żebym mógł powiedzieć, że stać mnie na to, żeby pobiec dalej niż maraton.

    Trasa 3 PZU Maratonu Lubelskiego jest niezwykle wymagająca. Całe mnóstwo podbiegów i zbiegów. Pierwsza próba to podbieg na 8 km, druga między 15 a 20 kilometrem, później 2,5 kilometrowy podbieg na Drodze Męczenników Majdanka. Na koniec największa próba i największa trudność podczas biegu. Podbieg od 31 kilometra na Jana Pawła, gigantyczna góra po przebiegnięciu już 2/3 maratonu. To tutaj w zeszłym roku poległa największa liczba biegaczy w tym i ja. W tym roku to jest moje zadanie. Nie dać się tej górze, jeśli się uda to moje marzenie o Biegu Rzeźnika będzie coraz bliżej.

    3. PZU Maraton Lubelski

    Teraz pora na apel do biegaczy. Patrzę na listę startową i oczom nie wierzę! Na dzisiaj jest zapisanych ledwie 164 biegaczy. Zapisujcie się do biegu, bo na prawdę warto się sprawdzić, a rekordy możecie sobie bić na jesieni! PZU Maraton Lubelski to więcej niż maraton to test charakteru.

  • 10. PZU Półmaraton Warszawski

    No i stało się. Pod wpływem Oskara zapisałem się na mój pierwszy półmaraton. Cieszę się z tego, że się zdecydowałem z kilku powodów.

    Po pierwsze będzie to w końcu okazja do spotkania się z człowiekiem, którego blog (a w zasadzie blogi) już wielokrotnie na swoim blogu proponowałem w cyklu Ze źródeł. Mieliśmy się spotkać już dwa razy, ale za każdym razem coś stawało na przeszkodzie. Pierwszy raz była okazja na meczu Mistrzostw Świata Polska – Iran w Łodzi, ale nasi reprezentanci zafundowali nam 5 setów i mecz skończył się dość późno, a i Oskar, bo o nim mowa, miał później mnóstwo pracy ze statystykami. Druga okazja miała się nadarzyć przy okazji Drugiej Dychy do Maratonu. Niestety tym razem w stracie Oskara przeszkodziła kontuzja i nie mógł zawitać w Lublinie. Teraz za trzecim razem mam nadzieję się uda.

    Po drugie, jak już wspomniałem będzie to mój pierwszy start w półmaratonie. Już raz się zgłosiłem na półmaraton, ale odbywał się 4 tygodnie po 2 Maratonie Lubelskim, a wtedy dopiero wracałem do treningów. Teraz sytuacja będzie zdecydowanie inna, bo będzie to start w okresie przygotowawczym do 3 PZU Maratonu Lubelskiego i forma będzie dopiero rosła.

    Po trzecie, będzie to doskonały sprawdzian przed zbliżającym się wielkimi krokami wspomnianym Maratonem Lubelskim. Do głównego startu wiosny pozostanie wtedy 42 dni. To będzie dobry prognostyk przed tym wymagającym biegiem i pozwoli, mam nadzieję, nabrać pewności i rozpędu.

    Trasa tego półmaratonu pierwotnie miała pokrywać się z trasą Maratonu Warszawskiego, ale w związku z pożarem mostu Łazienkowskiego musi ulec zmianie i na razie czekamy na ogłoszenie nowej trasy. Choć nie wiem jakby się starali trasa nie będzie bardziej wymagająca niż jakakolwiek trasa w Lublinie. Nie ma w stolicy tylu wzniesień, co w naszym mieście więc liczę na lżejszy bieg.

    Ambicje mam taką, żeby w debiucie na tym dystansie złamać 2h. Myślę, że wynik bardzo realny i jest w moim zasięgu. Zwłaszcza po takiej dawce treningu siłowego jaki ostatnio przechodzę i świeżości jeśli chodzi o bieganie, bo przerwa na prawdę była długa. No i będzie to debiut w zawodach moich nowych bucików!

    29 marca trzymajcie kciuki i wspierajcie nas na trasie. Bieganie w Warszawie dobrze mi się kojarzy, bo zawsze wracam z fajnymi doświadczeniami i dobrymi wynikami. Nie inaczej będzie tym razem!

  • Jak biegać po mieście i przeżyć

    Wszyscy wiedzą, że miasto to mnóstwo szans, ale i takie samo mnóstwo zagrożeń. Zagrożenia dla biegających to w zasadzie te same zagrożenia, co dla zwykłych śmiertelników, ale my jesteśmy szybsi.

    Zawsze smucą mnie wiadomości o wypadkach biegaczy czy rowerzystów. Im nas więcej tym więcej ich się może przytrafić. Może ten wpis komuś pomoże uniknąć nie przyjemności, a może zaintryguje do obserwowania tego co się dzieje dookoła nas. Mam nadzieję, że znajdziecie odpowiedź na pytanie: Jak biegać po mieście i przeżyć?

    Zagrożenie numer 1

    Biegamy najczęściej trasami, które są powiązane ze ścieżkami rowerowymi (o ile już takie są). Niby rowerzyści mogą sobie jechać po przejściu dla pieszych, a w zasadzie równolegle do tego przejścia. Jak ich samochód nie potrąci, bo akurat kierowcy się bardzo śpieszy to się nic nie wydarzy. Nam biegaczom przysługuje za to mandat… nawet jeśli są światła! Kolejny absurd w tym pięknym kraju. Niestety, głównym zagrożeniem nie jest mandat, a pojazdy, których kierowcy nie patrzą czy ktoś do przejścia się zbliża czy nie. Dlatego przed każdym przejściem powinniśmy przynajmniej zwolnić, chociaż prawo nakazuje przejście, a nie przebiegnięcie, a na pewno upewnić się, że nic nas nie rozjedzie. Ewentualnie biegać po takich miejscach gdzie nie ma ulic przez które musimy się przeprawić.

    Zagrożenie numer 2

    Innym zagrożeniem dla większości biegaczy są tak zwani blokersi. Jeśli biegacie po swojej najbliższej okolicy to najczęściej localsa nie ruszą, ale jak już przychodzi czas na dłuższe biegi to możecie się zapuścić na jakiś lokalny Bronx albo Nową Hutę. Wtedy będziecie mieć okazję do trenowania szybkości. Mnie osobiście taka historia przez całą karierę biegacza jeszcze się nie przytrafiła i mam uczucie, że biegacze nie wzbudzają agresji, ale nie chciałbym zapeszyć więc dalej uznaję, że wyjściowy dres założony przez nie sportowca może oznaczać zagrożenie.

    Zagrożenie numer 3

    Yorki, chiuauy, pekińczyki i inne brytany. To zagrożenie wiadome. Jako posiadacz psa wiem, że nie wszystkie psy są zainteresowane biegaczami, ale jak coś ucieka to te małe bestie są w stanie gonić za biegaczem. Nigdy nie wiesz czy cię dogoni i pożre czy tylko biegnie dla biegania (w sumie to nic dziwnego). Nie wiem czy też macie takie spostrzeżenia, że te małe pieski są bardziej nastawione na dziamolenie i ganianie za naszymi nogami niż te duże. Sam staram się raczej każdego psa nawet najłagodniejszego minąć łukiem albo dać mu znać, że nie jestem dla niego żadnym zagrożeniem.

    Zagrożenie numer 4

    Czas na następne zagrożenie. Niby bratnie. Niby powinniśmy żyć w pokoju. Rowerzyści jednak czasami potrafią zachować się równie nie odpowiedzialnie, co kierowcy-panowie-świata. Jazda całą szerokością chodnika, bo przecież jak się jedzie w trzy osoby to muszą jechać obok siebie przez całą trasę kołysząc się przy tym jak pijane króliki. Jazdę tą samą trójką całą szerokością pasa dla rowerzystów, gdzie mieszczą się tylko dwie osoby, więc ta trzecia musi jechać wąskim pasem chodnik, a jak biegniesz z naprzeciwka to przecież nie ustąpią miejsca, bo po co. A jak biegniesz ścieżką to potrafią rzucić wiązanką przekleństw. Całe szczęście większość rowerzystów jest w porządku i potrafi się podzielić Światem z innymi, ale uważać trzeba, bo nigdy nie wiesz na kogo trafisz.

    Zagrożenie numer 5

    Piesi. To jest temat rzeka. Niby nic nie powinno się wydarzyć, ale zawsze coś wykombinują. Nie mówię o bieganiu w centrum miasta, bo to miejsce, gdzie my biegacze jesteśmy intruzami. Mówię o spacerowiczach wzdłuż ścieżek rowerowych. Potrafią zająć całą szerokość chodnika, ścieżki rowerowej i okolicznych łąk tylko dlatego, że idą np. w niedzielę rano do kościoła. Nie mogą zostawić miejsca dla innych, bo nie. Poruszanie się po chodniku w sposób nie przewidywalny również nam nie pomaga i może spowodować zderzenie z „cywilem” i kolejne nieprzyjemności.

    Zagrożenie numer 6

    Zombie!

    Nie mogłem się powstrzymać.

    Pochwała dla wszystkich „zagrożeń”

    Kierowcy coraz częściej przepuszczają biegaczy na przejściach i nie wymuszają pierwszeństwa. Blokersi z dobrymi chęciami krzyczą „Run, Forest!”. Oczywiście nie z chęci dopingu dla nas, ale dla żartu, ja jednak zawsze przyjmuję to z uśmiechem, bo to najbardziej oklepany z żartów. Psy na trasie moich biegów często za ogrodzeniem to świetni sparing partnerzy do sprintów. Częściej też spotykam biegaczy z psami, które za każdym razem chcą żeby je głaskać. Rowerzyści potrafią nawet nas biegaczy pozdrowić i zagadać. Zdarza się nawet, że zrobią ci miejsce na swoim pasie chodnika czy ścieżki rowerowej. Piesi potrafią krzyknąć, żeby się nie poddawać i patrzą czasem z podziwem na biegaczy, co też jest fajne.

    Jednak pamiętajcie, żeby na wszystko uważać.

    Czy coś pominąłem?

  • 100 dni do 3. PZU Maratonu Lubelskiego

    waga Biegacze! Uwaga kibice! Do 3. PZU Maratonu Lubelskiego pozostało jedynie 100 dni. Zapewne przygotowania biegaczy do tego biegu idą pełną parą, kibice jeszcze nie bardzo świadomi o czym w ogóle piszę.

    3. PZU Maraton Lubelski to główny start sezonu wiosna/lato 2015 w moim kalendarzu. Mam rachunki do wyrównania z trasą biegu, dlatego przygotowania do startu okrzyknąłem Operacją Rewanż. Najcięższy bieg w mojej dotychczasowej karierze biegacza, czyli 2. Maraton Lubelski spowodował, że zmieniłem nastawienie do kolejnego biegu i okazało się, że przegrałem nastawieniem psychicznym do trasy. W tym roku nie przestraszę się ani odległości, ani różnicy wzniesień.

    Walka będzie się odbywać na tej samej trasie, co ubiegłoroczna edycja, więc będzie można się zrewanżować trasie za wymęczenie i zostawione siły. Trasa jest chyba trudna i ociera się o górskie maratony. Patrząc na frekwencję w Lubelskich Dychach numer II i III trzeciego cyklu myślę, że padnie kolejny rekord. Choć na razie lista zapisanych biegaczy nie jest imponująca (zapisać możecie się tu). Zachęcam wszystkich, którzy szukają wyzwań biegowych do startu w Maratonie Lubelskim. Może to być doskonałe przygotowanie do biegów górskich lub ultramaratonów.

    Przygotowania do tego biegu rozpocząłem dość późno, po długim okresie roztrenowania po Maratonie Warszawskim, ale liczę na to, że uda się przygotować dobrze. Całe szczęście nie mogłem sobie pozwolić na leżenie bykiem przez ten czas, ale pracowałem fizycznie więc jest nadzieja, że to zaprocentuje większą siłą na trasie 🙂

    Motywacji do godnego pokonania trasy trzeciego lubelskiego biegu maratońskiego na pewno mi nie zabraknie, bo po biegu w Warszawie wiem, że mam duży zapas wytrzymałości. Liczę na pobicie mojego rekordu życiowego na tej trasie. 4h13’14” to dobry wynik, przynajmniej tak sądzę, na tej trasie, ale ambicja jest równie duża jak we wrześniu. Chcę złamać i tutaj 4 godziny netto. Ten rezultat niby już padł, ale nie w takim biegu, nie o takiej trudności.

    Liczę, że tegoroczna edycja Maratonu Lubelskiego nie będzie mnie kosztowała aż tyle sił, co 2. Maraton Lubelski i szybciej wrócę na trasy biegowe już prawdopodobnie w wiejskich sceneriach, więc i przygotowania do kolejnych biegów będą inne.

    Za 100 dni widzimy się na trasie 3. PZU Maratonu Lubelskiego! Liczę na doping wzdłuż trasy tych, co nie biegną. A biegnącym w Maratonie życzę udanych przygotowań, bo czasu coraz mniej. Zegar tyka!

  • Trzecia Dycha do Maratonu – Sezon 3.

    Trzecia Dycha do Maratonu – Sezon 3.

    Tegoroczna Trzecia Dycha do Maratonu to już 11 bieg w historii tego cyklu i 2 Nocna Dycha. Trasa, która była do pokonania podczas zimowej Dychy do Maratonu to też już znana propozycja z poprzednich edycji cyklu.

    Bardzo ciekawym pomysłem jest zorganizowanie tego biegu właśnie późną porą, bo start zaplanowany na 22.00.  W ubiegłym roku, biegło mi się na tej trasie dość dobrze, choć bez oszałamiającego wyniku. W tym roku mogłem po raz pierwszy zaprezentować oficjalnie w biegu koszulkę biegową Marcelina TEAM. Teraz będę mógł się lansować z blogiem na każdym biegu 🙂

    Pogoda

    Czego można było się spodziewać po aurze pod koniec stycznia i to wieczorem? Dużego mrozu, śniegu i skrzypienia pod butami. Tymczasem już drugi rok z rzędu pogoda nam dopisała i było względnie ciepło około 1-2° na plusie, początkowo towarzyszyła nam mgła, która potęgowała uczucie wilgoci. Całe szczęście było bezwietrznie. Lepszej pogody do biegania w zimie nie można sobie wymarzyć, moim zdaniem.

    Trasa

    Start usytuaowany pod halą Globus na którym stanęła rekordowa ilość 1101 biegaczy!  Po nim około półtora kilometrowa prosta praktycznie bez wzniesienia, ale w bardzo dużym tłumie. Następnie wbiegliśmy na Aleję Kraśnicką, a tu kilometr pod lekkie wzniesienie. Jeszcze bieg w dużej grupie, ale już jest luźniej niż na starcie. Teraz najbardziej widowiskowa część trasy to około 2,5 kilometra po al. Racławickich i Krakowskim Przedmieściu, czyli wizytówce Lublina, to właśnie tutaj było jak zwykle najwięcej kibiców i biegło się najciekawiej i najszybciej. Następnie odcinek ul. Kapucyńską i ul. Narutowicza delikatnie w dół, a później w ul. Okopową, gdzie znajdował się wodopój. Teraz około 800 m pod niewielkie wzniesienie ul. Marii Skłodowskiej-Curie, na jej końcu skręciliśmy w ulicę Akademicką i solidny zbieg do ulicy Głębokiej. Pora na lekki odpoczynek, bieg po płaskim i długim odcinku to już odpoczynek, przed najbardziej wymagającym etapem tej dychy. Jeszcze około kilometra ul. Nadbystrzycką i zaczął się kilometrowy podbieg na końcu trasy, po którym wbiegliśmy na metę znajdującą się w hali Globus. W zeszłym roku wydawało mi się, że ta góra jest dłuższa i bardziej stroma.

    Wynik

    Po okresie dość długiego jak na mnie roztrenowania nie miałem żadnych oczekiwań i celów związanych z tym startem. Biegłem na zaliczenie, bez napinki i szaleńczego tempa. Mimo to wynik 44’58″na mecie troszkę mnie rozczarował, bo wydawało mi się, że biegnę szybciej. 44’13” Netto to czas dość dobry, zważywszy, że w ubiegłym roku na tej samej trasie było o prawie 4 minuty wolniej.

    Czas jaki udało się osiągnąć dał mi 189 miejsce w kategorii Open, 70 miejsce w kategorii wiekowej M30+ oraz 182 wśród mężczyzn. Jak na taką ilość biegaczy sumie całkiem nieźle. Choć niedosyt pozostaje.

    Oficjalne wynik możecie sprawdzić tu.

    Organizacja

    Jak zwykle wolontariusze związani z biegami w Lublinie spisali się lepiej niż bardzo dobrze. Wspierają biegaczy zawsze na trasie dopingiem i dbają o nasze bezpieczeństwo i chwała im za to. Jesteście świetni!

    Kolejny świetny wynik frekwencyjny podczas Trzeciej Dychy do Maratonu. Rekordu z Drugiej Dychy, co prawda nie pobiliśmy, ale i tak było bardzo dobrze. Na mecie zostało sklasyfikowanych 1096 osób, co jest znacznym przyrostem wobec 744 biegaczy, którzy ukończyli ubiegłoroczną Nocną Dychę

    Na mecie każdy z uczestników mógł odebrać egzemplarz chusty BUFF, która jest genialnym wynalazkiem o którym już kiedyś wspominałem na blogu. Było to zapowiedziane przez organizatorów już przed biegiem, ale i tak jest to miłe bo BUFFy uwielbiam i będę miał kolejną w kolekcji. Tu niestety pojawia się rysa na świetnej organizacji. Kolejka była chaotyczna, a dość długie oczekiwanie na gadżet spowodowało wyciszenie, całej oprawy. Wierzę, że następnym razem będzie lepiej.

    Wzór BUFFa jaki otrzymałem, chyba sygnalizuje, że już trzeba na poważnie myśleć o Rzeźniku 😉

  • Nike LunarGlide 5+

    Czas na recenzję kolejnych moich butów biegowych. Po zakupie pierwszej mojej pary butów NIKE, wybór i następnym razem padł na tą markę. Pierwsze moje NIKE to LunarGlide 4, z których byłem bardzo zadowolony (do ostatniego treningu w nich), dlatego zdecydowałem się na zakup nowszego modelu LunarGlide’ów. Po przebiegnięciu w nich około 1000km, 2 mataronów, 3 dych do maratonu w końcu zebrałem się do ich oceny, bo wiem już o nich prawie wszystko.

    Wygląd

    Zdecydowałem się na LunarGlide’y w mocno świecących kolorach, bo wtedy i człowiek lepiej widać i szpan większy. Nawet nazwałem te buty „żaróweczkami”. Jasna podeszwa, która ładnie pasuje do całego buta też daje +1 do widoczności. Podobają mi się również te nitki, które imitują szlufki.

    Wykonanie

    Koniec zachwytów nad wyglądem, który jest rzeczą trzeciorzędna, ale w tym przypadku przykuwającą uwagę na pierwszy rzut oka, dlatego wygląd poszedł na pierwszy ogień. Wykonanie butów jest bardzo istotną cechą, bo przecież nie chcemy za 2 miesiące kupować nowych butów za 250 zł i więcej. W tym przypadku Nike się postarało i poza odklejeniem się po maratonie wspomnianych nitek przy szlufkach nic im nie dolega. Materiał w środku się nie poprzecierał, wierzchnia warstwa też się nie porwała, choć wygląda na delikatną, a podeszwa też stanowi jedną całość nawet po prawie 1000 km.

    Komfort

    Genialnie sprawdziły się podczas biegania w wysokich temperaturach, bo są dość przewiewne. Teraz w okresie jesienno-zimowym komfort jest troszkę mniejszy, ale nie powiem, że stopy mi marzną. Po przebiegnięciu pierwszych kilkudziesięciu kilometrów LunarGlide’y dopasowały się do moich stóp i nie sprawiały żadnych większych problemów z odciskaniem. Podczas biegu w maratonach w poprzednich moich butach miałem odparzone palce. W tym modelu nie doświadczyłem tej dolegliwości.

    Amortyzacja, która w poprzednim modelu zaczęła się kończyć około 800 kilometra teraz przy 1000 dalej działa i nie zauważyłem spadku w jej efektywności. Pomimo biegania po nawierzchni twardej albo nawet bardziej niż twarda.

    Stabilizacja, której aż tak bardzo nie przetestowałem, bo nie biegam w terenie, ale zdarza się biec jakimś skrótem. Również w tym zakresie LunarGlide’y spełniły moje oczekiwania.

    Podsumowanie

    Buty są bardzo wygodne, nadają się do długich wybiegań w zasadzie w każdych warunkach atmosferycznych. Jakość i sposób wykonanie jest bardzo dobra. Jestem bardzo zadowolony z tego zakupu i śmiało mogę polecić, gdyby ktoś jeszcze akurat na ten model zdecydował, bo jest już następna LunarGlide’ów 5 w postaci 6 generacji tego modelu.

    Powoli nadchodzi czas, kiedy będę musiał się rozejrzeć za nowymi butami do biegania, ale niechętnie będę się rozstawał z opisywanymi. W końcu dwie życiówki na ich koncie są: na 10km i w Maratonie. Nie wiem na ile to zasługa butów, ale porównując wyniki z biegów w LunarGlide 4 i te w 5 to postęp jest.

    Sprawdziłem ceny tych butów i dzisiaj można je kupić już za 249PLN. Myślę, że byłby to dobrze wydane pieniądze.

  • Druga Dycha do Maratonu – Sezon 3.

    Druga Dycha do Maratonu – Sezon 3.

    Druga Dycha do Maratonu trzeciego cyklu była jubileuszową dziesiątą Dychą do Maratonu. Jestem dumny i wzruszony, że mogłem uczestniczyć we wszystkich dziesięciu biegach z tego cyklu. Ze wszystkich biegów najlepiej wspominam pierwszą dychę, bo to ona rozpoczęła moją przygodę z bieganiem w zawodach. Jeśli chodzi o wyniki to najlepsza była ósma dycha. Ta dziesiąta jednak pozostanie w sercu, chyba najdłużej.

    Duma z tego, że pomogłem budować ten cykl od samego początku. Pomagałem, bo we wszystkich biegach brałem udział i zachęcałem wszystkich znajomych biegających do brania udziału w najbardziej lubelskich biegach. Dwa lata temu nawet do głowy mi nie przyszło, że pierwsza Dycha do Maratonu może być pierwszą z wielu jakie się odbędą. Stając na starcie tej 10 dychy nie miałem oczekiwań, jeśli chodzi o wynik chciałem tylko ukończyć ten bieg i móc być dumnym.

    Pogoda

    W zasadzie dopisała, choć mogłoby być cieplej o 3-4 stopnie. Najważniejsze, że nie padało i nie było jakiś podmuchów wiatru. Dobra pogoda do bicia życiówek.

    Trasa

    Start spod stadionu Arena Lublin, fajnie było stać przed nim, bo bieganie po drugiej stronie rzeki i obserwowanie jak powstaje zawsze przywoływało myśl, że fajnie by było brać udział w biegu z i na stadion. No i się spełniło. Pierwsze 4 kilometry to dość płaski etap trasy i bieg w tłumie, bo na starcie stanęła rekordowa ilość biegaczy. potem przyszła kolej na podbieg na 5 km, który już raz dał mi w kość, podczas I Maratonu Lubelskiego. Dzisiaj pokonałem drania bez większego problemu, ale wysiłek był spory. Następnie z bieg z góry i powrót na pierwsze kilometry trasy. Finisz na stadionie, mniejszym niż Narodowy, ale wrażenie i tak robi.

    Wynik

    Zaskakująco dobry wynik. Zabrakło niewiele do uzyskania życiówki, bo gdybym pobiegł 23 sekundy szybciej mógłbym pochwalić się nowym rekoredm życiowym w biegu na 10km. Dzisiaj uzyskałem wynik netto 42’33” i brutto 43’23”. Dało mi to 230 miejsce w kategorii Open i 78 w M30+.  Czuję się usatysfakcjonowany tym biegiem. A oficjalne wyniki możecie zobaczyć tutaj.

    Jeden rekord w tym biegu jednak padł. To rekord frekwencji! 1031 osób na mecie Dychy do Maratonu! To naprawdę świetny wynik! Gratulacje dla organizatorów, bo sukces jest duży. Mam nadzieję, że w następnych biegach będzie jeszcze więcej biegających i liczę na kolejny rekord frekwencji w III Maratonie Lubelskim już 10 maja.

    Dziękuję też za dyplom za udział we wszystkich 10 biegach. Jestem jednym z piętnastu! Widzimy się na następnej dysze i na 15 też będę.

  • Pierwszy trening…

    … po długie przerwie oczywiście. To była najdłuższa przerwa w bieganiu odkąd biegam. Całe szczęście miałem się czym zająć przez ten czas, bo gdyby nie to bym chyba ześwirował. Przez ostatnie 4 tygodnie, jakie minęły od ostatniego biegu, minęły wszystkie bóle, oznaki przeciążenia, a uzależnienie od biegania w końcu zaczęło wołać o jakieś doznania biegowe.

    … bez wsparcia muzycznego od długiego czasu. Biegło się przyjemnie, ale miałem takie uczucie, że czegoś mi brakuje. Szum miasta to inny rodzaj muzyki, bardziej wkurzający niż dźwięki w słuchawkach. Pozostała jednak świeżość i ciekawość jak to będzie biegać bez muzyki w samotności. Na teraz mi się podoba.

    … bez aplikacji, która mierzy kalorie, czas i dystans. Biegało się sporo lżej, nie zależało mi na szybkości czy na dystansie tylko na samej frajdzie z biegania. Nie czułem obciążenia, że muszę pobiec równie szybko, co kiedyś czy dalej niż ostatnio. Nic się nie liczyło tylko zabawa i łapanie endorfin. Myślę, że może to wejść w krew.

    … tej jesieni. Aura mimo, że i tak nie najgorsza to wymusiła założenie bluzy i leginsów. Mam nadzieje, że ciepło jeszcze się nie poddało całkowicie i jeszcze pobiegam w spodenkach. Swoją drogą było jak przewidywałem i ubrałem się odrobinę za ciepło jak zawsze na pierwszy jesienny trening.

    … w przygotowaniach do III Maratonu Lubelskiego. Pewnego dnia przyszło mi do głowy, żeby pobiec jeszcze na wiosnę Orlen Marathon, ale termin na 3 tygodnie przed lubelskim biegiem jest jednak niemożliwy. Może następna edycja. Przygotowania te prowadzone będą w nowych warunkach. Remont i ponad roczne dziecko w domu na pewno przygotowań nie ułatwią, ale na pewno urozmaicą. Mam też nadzieje, że te przygotowania będę relacjonował na blogu bardziej regularnie niż ostatnie.

    … reszty mojego biegania. Teraz moje bieganie wchodzi w nowy etap. Może nie będzie bardziej zorganizowane, ale postaram się też przygotować do startów jakie mam zaplanowane mentalnie. 36. Maraton Warszawski pokazał, że maraton rozgrywa się w głowie. Odpowiednim podejściem można dobiec naprawdę daleko. Był to pierwszy start, przed którym nie miałem takiego stresu i nie rozgrywałem biegu w głowie na dużo przed startem.

    … już za mną. Teraz zabieram się do pracy. Może jakaś dieta?

  • Wracam do treningów

    Dość leniuchowania od wysiłku biegowego. Po ostatnim maratonie nastąpiło lekkie rozprężenie. Cztery tygodnie bez przebiegniętego kilometra. Już zacząłem przyrastać do podłoża, ciągle tylko remont, porządki i inne zajęcia. Dzisiaj w głowie pojawił mi się wykrzyknik, coś mi mówi, chłopie za długo już odpoczywasz. Dzisiaj postanowiłem, że koniec z  opieprzaniem się, trzeba zapracować na formę do II Dychy. Idę na pierwszy trening od niemal 4 tygodni. Krótki bieg na trasie 5km, może 8 zobaczę jak się będzie biegło. Będzie chłodno, będzie wiało… a ja na pewno ubiorę się za ciepło. Ale będzie super! Co prawda moje ekipa z którą biegałem poprzedniej zimy ciągnie mnie na długie wybieganie, ale nie dam rady. Może za miesiąc.

    Nowe wydanie

    Nowe wydanie polega na tym, że zaczynam biegać nawet na treningach bez muzyki. Jest to spowodowane kilkoma czynnikami.
    Po pierwsze, muszę przestawić się na tryb nasłuchiwania co się dzieje wokół mnie, bo bieganie po wsi może skutkować pewnymi zagrożeniami.
    Po drugie, jest to zmiana. A zmiany nie są głupie, zwłaszcza, że po jakiś czasie zaczęły mnie te piosenki trochę nudzić i muszę od nich odpocząć.
    Po trzecie… zdechł mój telefon, a zastępstwo za niego, które posiadam nie będzie wstanie wytrzymać godziny czy półtorej z włączoną muzyką aplikacją do pomiarów i zwyczajnie będzie się rozładowywać. To wpłynie również na to, że nie będę korzystał z tych aplikacji. Zawsze to jakaś nowość i powrót do korzeni i do biegania dla biegania, a nie na popisy 🙂

    Do apki pewnie powrócę nie długo, ale powrót do formy i rytmu będzie odbywał się bez takich pomocy.

    Nowe założenia

    Ten sezon jesień/zima mam nadzieję przepracować jeszcze lepiej niż sezon wiosna/lato i na III Maratonie Lubelskim osiągnąć równie dobry lub lepszy wynik niż w Warszawie. Chce te przygotowania oprzeć głównie na długich wybieganiach i dalszym trenowaniu wytrzymałości. Szykuje się pełno nowych bodźców (nowe ścieżki, cisza i nowe zagrożenia), co może dać dużo świeżości na wiosnę i nowej energii do biegania i pisania też.

    Plany startowe na najbliższe miesiące

    23.11.2014 – II Dycha do Maratonu
    24/25.01.2015 – III Dycha do Maratonu
    19.04.2015 – IV Dycha do Maratonu
    12.05.2015 – III Maraton Lubelski

    Teraz się zacząłem zastanawiać ile czasu wytrzymam bez mojej playlisty, która pewnie wróci również na bloga, może w jakiejś innej formie, a może nie wróci w ogóle. Ma wracać?

  • Co teraz?

    o przebiegnięciu ostatniego maratonu i uzyskaniu w nim wymarzonego czasu zacząłem się zastanawiać: i co teraz? O ile szybciej mogę pobiec bez rygorystycznej diety i opieki trenera? 30 minut? 40? Brzmi to abstrakcyjnie, ale wiem, że jestem w stanie to zrobić.  Jak się zmotywować do treningu, żeby poprawić jeszcze wyniki? Gdzie jest moja granica?

    Teraz muszę na nowo podejść do tematu biegania w zawodach. Jakiś czas temu pisałem, że obiecałem sobie, że nie będę przywiązywał uwagi do czasów, że bieganie ma być dla biegania. To się jednak nie sprawdza 🙂 Miejsce biegania dla biegania jest w weekendy przy długich wybieganiach, a nie w zawodach.

    Wynik i sposób pokonania trasy 36. PZU Maratonu Warszawskiego utwierdził mnie w przekonaniu, że biegi długodystansowe to przede wszystkim głowa. Pozytywne nastawienie i wiara w to, że wynik da się osiągnąć zagnała mnie na metę w niecałe 4 godziny. Ostatnie 600m, a nawet powiem, że ostatnie 3-4 kilometry to uczucie, że mam jednak zapas. Mogę przycisnąć i pobiec jeszcze szybciej. Potwierdzają to też czasy w ostatnich dwóch Dychach do Maratonu. Granica wyniku przesunęła się znacznie. Teraz nie będę celował w złamanie 4h, a celem minimum nie będzie przebiegnięcie całej trasy bez marszu. Teraz zacznie się poważne bieganie i poważne cele. No dobra, może nie nastąpi to już w 3. Maratonie Lubelskim, ale na 37. Warszawski cel będzie z pewnością ambitny, ale realny do osiągnięcia. Już teraz wiem, że motywacji mi nie zabraknie. Obawiałem się, że jak osiągnę wynik jaki sobie wyznaczyłem będę mógł osiąść na laurach i sobie odpuszczę. A tu taka niespodzianka, jestem zmotywowany do dalszej pracy jak chyba nigdy w życiu. Dziwne uczucie, którego wcześniej nie poznałem, że sukces powoduje, że chcę więcej i nakręca na cięższą prace. Mój osobisty sukces w Maratonie Warszawskim dodał mi więcej wiary w siebie niż mógłbym przypuszczać.

    Czas na prace jednak przyjdzie. Na razie mam wolne. Od biegania. Od pracy. Czas na regenerację. Czas na nabranie sił do wszystkich rzeczy jakimi się obecnie zajmuję i jakimi będę się zajmował w najbliższym czasie.